Od wczoraj mam przejściową alergię na ludzi. Na tyle mocną, że zaczęłam jeździć do szkoły samochodem, chociaż kompletnie mi się to nie opłaca (ale mniej boli od kiedy jeżdżę na benzynie powypadkowej – pozdrawiam stłuczkowicza). Jutro jednak znowu przeproszę się z komunikacją wiejską, z czystej ciekawości jak bardzo koszmarne doświadczenie to będzie – gdyż od jutra do wiosny tramwaje zastąpi komunikacja zastępcza, a specyfika tego odcinka drogi jest taka, że szykuje się niezły Sajgon.
Poza tym, tak jak przewidziałam, informacja o tym drobnym fakcie pojawiła się na przystankach dzień przed. Mówiłam już, że kocham to miasto?
Wracając jednak do społecznej alergii, po raz pierwszy od dobrych kilku lat wyłączyłam na cały dzień komórkę i chyba już trochę lepiej rozumiem ludzi, do których nigdy nie mogę się dodzwonić – bo to fajne uczucie. Nie to, żebym normalnie była zawalana SMS-ami (chociaż mega wypaśne dzwonki nigdy o mnie nie zapominają), ale taka zdrowa izolacja od czasu do czasu to prawie jak urlop. Żyjemy w strasznych czasach bezustannej komunikacji… Może kiedyś napiszę o tym wiersz*.
W każdym razie najgorszy dzień za mną. Muszę zacząć pisać program, a moje umiejętności kończą się gdzieś w okolicy wywoływania napisu “Witaj, Wpisz_Swoje_Imię!”. Zaległości z wspominanego chyba w poprzednich notach projektu powoli zaczęły mnie przerastać na tyle, że chyba jednak poświęcę na niego te kilka chwil między sprawdzeniem Pudelka i wciągnięciem się w kolejną bezcelową dyskusję na forum. No i wypadałoby wybrać specjalizację. I zrobić masę innych rzeczy, o których nawet nie chce mi się myśleć.
Ale dziś wykonałam mały krok w kierunku zdania tego semestru – uporządkowałam notatki. Nie jest tak źle.
Na koniec ekstra info dla wtajemniczonych: odpuściłam sobie składanie życzeń. Można to chyba uznać za drobne zwycięstwo. Tak dla odmiany.
____________
(* nie, dont łory; Martyl z zasady nie plami się poezją.)



