h1

Isolation

24 listopad 2009

Od wczoraj mam przejściową alergię na ludzi. Na tyle mocną, że zaczęłam jeździć do szkoły samochodem, chociaż kompletnie mi się to nie opłaca (ale mniej boli od kiedy jeżdżę na benzynie powypadkowej – pozdrawiam stłuczkowicza). Jutro jednak znowu przeproszę się z komunikacją wiejską, z czystej ciekawości jak bardzo koszmarne doświadczenie to będzie – gdyż od jutra do wiosny tramwaje zastąpi komunikacja zastępcza, a specyfika tego odcinka drogi jest taka, że szykuje się niezły Sajgon.
Poza tym, tak jak przewidziałam, informacja o tym drobnym fakcie pojawiła się na przystankach dzień przed. Mówiłam już, że kocham to miasto?

Wracając jednak do społecznej alergii, po raz pierwszy od dobrych kilku lat wyłączyłam na cały dzień komórkę i chyba już trochę lepiej rozumiem ludzi, do których nigdy nie mogę się dodzwonić – bo to fajne uczucie. Nie to, żebym normalnie była zawalana SMS-ami (chociaż mega wypaśne dzwonki nigdy o mnie nie zapominają), ale taka zdrowa izolacja od czasu do czasu to prawie jak urlop. Żyjemy w strasznych czasach bezustannej komunikacji… Może kiedyś napiszę o tym wiersz*.

W każdym razie najgorszy dzień za mną. Muszę zacząć pisać program, a moje umiejętności kończą się gdzieś w okolicy wywoływania napisu “Witaj, Wpisz_Swoje_Imię!”. Zaległości z wspominanego chyba w poprzednich notach projektu powoli zaczęły mnie przerastać na tyle, że chyba jednak poświęcę na niego te kilka chwil między sprawdzeniem Pudelka i wciągnięciem się w kolejną bezcelową dyskusję na forum. No i wypadałoby wybrać specjalizację. I zrobić masę innych rzeczy, o których nawet nie chce mi się myśleć.

Ale dziś wykonałam mały krok w kierunku zdania tego semestru – uporządkowałam notatki. Nie jest tak źle.

Na koniec ekstra info dla wtajemniczonych: odpuściłam sobie składanie życzeń. Można to chyba uznać za drobne zwycięstwo. Tak dla odmiany.

____________
(* nie, dont łory; Martyl z zasady nie plami się poezją.)

h1

Blue Monday

23 listopad 2009

Po ostatnim weekendzie, podczas którego mój moralny upadek stał się faktem i, jak wyczytałam na mądrych stronach, alkoholizm także, nadszedł odpowiednio smętny, deszczowy poniedziałek.

Ogólnie kilka dni temu odkryłam, że do końca tygodnia muszę wybrać specjalizację. Szmat czasu, prawda? Każdy termin byłby dla mnie oczywiście tak samo zły, ale w tej chwili jestem na etapie, że najchętniej wybrałabym inne studia. Nevermind; mam do wyboru nudną jak chuj wycenę nieruchomości i bardzo mało konkretny e-biznes. Z rozpaczy aż zintegrowałam się dziś ze swoją grupą, ale gorące dyskusje na ten temat tylko bardziej zamąciły mi w głowie. Mam więc kolejny życiowy dylemat, który rozwiążę rzucając monetą.

Zajęcia z logiki, na których wraz z postępem materiału czuję się coraz bardziej tępa nie poprawiły mojego i tak już świetnego humoru. Moja koleżanka, którą przerasta poczekanie godzinę na rozmowę ze mną (w ważnej sprawie i naprawdę nic jej to nie kosztowało) także. Może jestem dziwna, ale jak słyszę, że ktoś musi jeszcze ze mną pogadać, to nie ignoruję sobie tego z powodu… właściwie bez żadnego kurwa powodu.

Mój biedny chory brat nasłuchał się więc dziś ode mnie bluzgów pod adresem świata. A jutro, wiem to na pewno, będzie jeszcze gorszy dzień.

h1

Zryw edukacyjny

18 listopad 2009

Chodzenie na zajęcia nie jest moim przeznaczeniem… Bóg kolejny raz mi to udowodnił.

Byłam dziś w przychodni na jakimś zadupiu tego miasta i z powodu tego opuściłam dwa wykłady (gdyż przychodnie w tym kraju nie mają w zwyczaju działać popołudniami). Na jeden z nich i tak nie chodzę, no ale ten drugi leżał mi na sumieniu… Postanowiłam więc chociaż zaliczyć laborki.

Miałam jeszcze trochę czasu i jakoś wciągnęły mnie psychotesty z “Miłości erotycznej” (moja ulubiona lektura z dzieciństwa), bo kocham rozwiązywać wszelkie psychotesty. Siedzę więc sobie nad jakimś śmiesznym diagramem sylwetki seksualnej, z której wynikało, że najprawdopodobniej jestem mężatką z dwójką dzieci (czemu akurat z dwójką?) i nagle uświadamiam sobie, że od pięciu minut powinnam być już w drodze na uczelnię.

Nawet to mnie nie zniechęciło. Błyskawicznie zmieniłam ciuchy, wskoczyłam w buty i do samochodu. To był mój absolutny rekord wyjazdu z parkingu… Wyjeżdżam na ulicę, patrzę – holowanie auta, a wyminąć nie ma jak. Nigdy jeszcze nie widziałam, żeby ktoś holował auto na tej ulicy, jednak nadal się nie poddaję. Wybieram okrężną drogę, przede mną oczywiście wciska się autobus, ale zachowuję zimną krew. Wymijam go i cisnę gaz aż pod samą uczelnię, wbijam się na chodnik bez żadnego szacunku dla podwozia i biegiem do sali. Szybki zerk na zegarek – 5 minut spóźnienia, nie jest źle (ba… to kolejny rekord!). Naciskam klamkę… i sala zamknięta.

Idę więc pod dziekanat, tam nic. Idę na dół do Instytutu Informatyki i tam właśnie wisi karteczka, że zajęcia odwołane (dziw, że nie wisiała jeszcze w innym miejscu, bo tak też bywa). Założę się, że powiesili ją godzinę wcześniej… Nawet się nie wkurzyłam. Byłam zbyt zsapana.

No i czy to nie jest czytelny znak? Więcej nie poddam się szlachetnym zrywom.

h1

Cham przemawia

16 listopad 2009

Byłam w teatrze, odchamić się trochę. Się kurde nie udało.

Przez dwie godziny patrzyłam na rodzinną psychodramę ze staruszką z postępującą demencją w roli głównej. Reszta sali uznała sztukę za rasową komedię i co poniektórzy wręcz wyli ze śmiechu w momentach typu: córka głównej bohaterki wykrzykuje, że boi się o matkę, która zaczyna wariować. O rany, ale ubaw…!

No nie nadaję się na współczesny teatr. Ten sposób gry jest dla mnie po prostu niestrawny. Te fabuły także. Nie wspomnę o cenie biletów, bo na szczęście nie ja je kupowałam.

Polansowałam się kulturalnie, więc przejdę do spraw bliższych ziemskim brudom.

Był w moim życiu taki piękny okres, kiedy nie miewałam kaca nawet po epizodach typu picie Starogardzkiej z gwinta (wierzcie, trzeba być naprawdę pijanym, żeby się na to zdobyć). Więc ten okres już bezpowrotnie minął. Po ostatnim czwartku stwierdziłam, że chyba naprawdę się starzeję. Ździebko to przygnębiające.

Poza tym moje sny zaczynają mnie przerażać. Moje podejście do życia także. Nie, to drugie w sumie zawsze mnie przerażało ;)
Teraz tylko trochę bardziej.

Powracają niestety nocne dołki. I znowu zaliczyłam ostatni mały cios w żołądek. Mam to na własne życzenie, powinnam się całkowicie odciąć od osoby M., ale jakoś nie potrafię. I chyba tak naprawdę nie chcę. Nie wiem czy to masochizm, czy jakieś resztki… czegoś.

Ale patrząc ogólnie jest i tak lepiej niż było. Metoda klin klinem podziałała chociaż na obsesyjne myślenie – myślenie pozostało, ale już mieszczące się w granicach jakiegoś rozsądku. No. To tytułem optymistycznego zakończenia.

(Wpis sponsorowany przez kolokwium ze staty i wejściówkę z finansów.)

h1

Siła przyzwyczajenia

14 listopad 2009

Od dawna zabieram się za ten tekst, bo upadek mojego ulubionego dodatku gazetowego zaczął się dawno i wciąż posuwa się dalej, ku mej szczerej rozpaczy. Mowa o Gazecie Telewizyjnej.

Otwieram sobie numer z kwietnia 2005 roku (moje szafki kryją więcej takich pereł). Dość spory wywiad ze Zbigniewem Górnym, artykuł o Kutzu, dużo fajnych opisów filmów, które rzeczywiście warto wyłowić z telewizyjnej oferty, sylwetka Terence Stampa (po której zwróciłam na tego aktora większą uwagę, a jest jej wart), felietony Hawryluka, Federowicza, Kazika, Chacińskiego, Ogórka, “Małżeński Przegląd Talków”, rysunek Stannego. W środku jeszcze dodatkowo łamigłówki, krótkie opisy wszystkich filmów, trochę o sporcie, trochę o reklamach itd. Można zrobić fajnie? Można.

Otwieram numer z tego tygodnia. Wywiad z Evą Mendes, opis serialu FlashForward, opis dwóch dokumentów i Teatru TV, felieton Wojtka Krzyżaniaka i Ogórka, niszowy opis V Festiwalu Muzyki Polskiej, strona Bryndala (lubię gościa, ale jego typ humoru zupełnie mi nie podchodzi), pół stronki o sporcie. I dalej już ramówka.
Więcej czytania mam w dodatku telewizyjnym do Kuriera!

Poziom zawyża w tej chwili jedynie Ogórek i od czasu do czasu jakiś ciekawszy tekst. Może też i Hawryluk, ale wydarzenia muzyki poważnej znajdują się całkowicie poza sferą mojego zainteresowania, więc to niech ocenią inni. Krótkie opisy Zarębskiego podane co prawda w nieco bardziej czytelnej formie, za to kosztem wielu filmów nieopisanych nigdzie. Zresztą te jego opisy robione na zasadzie “film dostał Oscara i Złotą Kaczkę” albo “wezmę pudełko DVD i nawet nie przeczytam opisu, tylko rzucę okiem okładkę” to materiał na osobny tekst, ale temat został już przerobiony wielokrotnie.

I nie wiem czemu dalej co piątek kupuję gazetę, z której czytam potem góra dwie strony. Siła przyzwyczajenia czy zwykłe wapniactwo? Obawiam się, że to drugie.

Tylko żal, że GT wpisuje się w taki powszechny trend zaniżania poziomu. Program Drzyzgi był przecież kiedyś fajnym, poruszającym ważne tematy talk-showem (teraz tylko czekam na pierwszą bójkę rodem ze Springera). Stare odcinki Miasta Kobiet ogląda się o niebo lepiej niż dzisiejsze. Kuba Wojewódzki dobry, kontrowersyjny program zmienił w przeciętne rozrywkowe show. Szymon Majewski Show – formuła wyczerpała się 2 lata temu i nikt nie chce tego zauważyć. Strona gazeta.pl przestaje nawet udawać, że coś odróżnia ją od onetu. I tak dalej…

Dochodzi do tego, że w wieku 20-stu lat zaczynam mówić “za moich czasów…” :)

h1

For the time being

10 listopad 2009

Moje obawy dotyczące weekendu okazały się płonne. (Czy obawy mogą być płonne? Brakuje mi polskiego…) Był szampanik, była policja, był fun.

Dzień nazajutrz był już mniej przyjemny. Wstałam bladym świtem, zmyłam z włosów pył gaśniczy i zrobiłam sobie herbatkę. Potem w ramach nauki na kolokwium zrobiłam z ojcem i bratem spóźnioną rundkę po cmentarzu, w sumie tylko po to, żeby podładować moje biedne nieużywane auto. Zobaczyliśmy przy okazji te poletka dla ludzi w urnach – świetna sprawa, żadnych wydziwiań z pomnikami, ławeczkami i ogrodami wokół. No i wpadłam na świetny cmentarny biznes, ale nie mogę wam go zdradzić zanim nie opatentuję.

A teraz tradycyjnie pomarudzę sobie o uczelni, bo nikt poza moją klawiaturą nie ma siły tego słuchać.

Poniedziałek więc zburzył moje śmiałe nadzieje na zrozumienie logiki formalnej. Dzisiejszy wtorek – na objęcie swym umysłem zasad programowania. Ledwo wypociłyśmy z koleżanką kilka pierwszych linijek zadanego modułu (przy okazji zaznaczmy może, że mamy jeden komp na dwie osoby – nie bez kozery jesteśmy wydziałem informatyki). Kiedy zobaczyłam jak miał wyglądać ten nieszczęsny moduł, stwierdziłam, że mogę swobodnie wykreślić z listy kolejny z moich potencjalnych przyszłych zawodów.

A potem były wspaniałe finanse… Na kole przez 45 minut próbowałam podstawiać podane dane do miliona możliwych wzorów, ale przy kolejnym wyniku na którym wymiękł nawet mój kalkulator, załamałam się, przekreśliłam wszystko i dopisałam “proszę nie sprawdzać”. Nie mam pojęcia jak napiszę z tego egzamin.
Przez pozostałe 40 minut Psychiczne Babsko doprowadziło mnie do takiego stanu, że więcej nie pójdę tam na trzeźwo. Może spróbuję przekazać wam choć posmak – bo tego trzeba po prostu doświadczyć na własnej skórze, poczuć ten klimat, zobaczyć te niedowierzające twarze…

Generalnie jesteśmy kilka tematów do tyłu, natomiast pani profesor:
- przez ponad 15 minut tłumaczyła nam, że musimy nadgonić z materiałem i nie ma czasu na gadanie o bzdetach
- stwierdziła, że nie ma rzutnika, więc pokaże nam prezentację na laptopie (super widoczność), a że nie chce jej się czytać, to po kolei każdy będzie podchodził i czytał na głos (genialne!)
- przerywała każdemu w połowie czytanego zdania, żeby powiedzieć, że to wszystko musimy sobie doczytać w książce, której nikt nie ma, bo podała nam inną, kurwa!
- zaczęła odpytywać nas z Dziesięciu Przykazań (nie pytajcie czemu), a następnie płynnie przeszła do dygresji na temat święta 1. listopada i cmentarzy.

Wierzcie mi, że to tylko marny procent tego co się działo.
Nie chciałam się tak rozpisywać, ale baba wygenerowała u mnie taki wkurw, że musiałam gdzieś wylać swoje żale. No. To wylałam.

h1

Moje płytaski

6 listopad 2009

No tak mi się nudzi, że aż napiszę tekst o polskich płytach, które ostatnio przesłuchałam. Tych bardziej w stronę rocka.

1. Hey – Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!
Nie mogę się przyczepić do niczego z wyjątkiem beznadziejnego tytułu. Teksty trzymają naprawdę wysoki poziom, muzyka tak samo (nie to, żebym się na tym znała). Piosenki nie są specjalnie proste, a szybko wpadają w ucho. Jedyny naprawdę irytujący mnie moment to końcówka refrenu w tytułowej piosence – Nosowska osiąga tam w pewnej chwili rejestry głosu przekraczające moją tolerancję dźwięku. Ale poza tym drobnym mankamentem wyjątkowo podoba mi się cała płyta – tworzy idealną całość i nadaje się do słuchania w każdym nastroju.

2. Kult – Hurra!
Czy nastała jakaś moda na wykrzykniki w tytule płyty? Dopiero teraz zwróciłam na to uwagę :)
O tej płycie za dużo nie mogę napisać, bo przesłuchałam ją dokładnie raz – gdyż nie chcę być złodziejską kurwą… W każdym razie na dziesięć kilometrów słychać, że nagrał ją Kult. I bardzo dobrze.

3. Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – Lewa Strona Literki M
Może się starzeję, ale nie byłam w stanie przesłuchać nawet piętnastu minut. Jazgotliwa muzyka i wyjątkowo wymęczony wokal. Nie mam nic przeciwko irytującym wokalom, nawet zdarza mi się je polubić (np. Yorke, Molko, Morrisey), ale jak stwierdził kiedyś mój brat: “oni mają przynajmniej zespół, który ich trochę zagłusza”. Słysząc w radiu KDZKPW myślałam, że ten dźwięk to wina bardzo słabej kopii, albo że słucham demówek – ale nie, oni wydali taką płytę. Szkoda, bo przy drobnym oszlifowaniu niektóre piosenki byłyby naprawdę fajne.
Jak zwykle najbardziej rozpisałam się krytykując :)

4. Bad Light District – Simplifications
Kawał porządnej muzyki na europejskim poziomie. Gdybym nie wiedziała, że to polski zespół, nigdy bym sama to nie wpadła. Typowa alternatywa, taka bardziej brytyjska. Nie jest to może muzyka na każdą okazję i nastrój, ale jak już zarzucę sobie ten album, zawsze słucham go w całości minimum kilka razy.

5. Coma – Pierwsze wyjście z mroku
Długo dojrzewałam do tego zespołu i odkryłam go tak naprawdę dopiero w fazie najgłębszych dołów – wtedy ta cała dramatyczna, nieco patetyczna otoczka jakoś przestała mi przeszkadzać. Dzięki temu odkryłam pokłady naprawdę dobrej i autentycznie przejmującej muzyki. Wokalna maniera Roguckiego może irytować, ale do takiego podkładu pasuje chyba najlepiej.
Nie wszystkie piosenki Comy do mnie trafiają, ale ta konkretna płyta nie ma chyba słabszych momentów.

h1

Snow can wait

5 listopad 2009

Wyjrzałam rano przez okno i zaklęłam szpetnie, jako że zobaczyłam pierwszy w tym roku śnieg. Nie cierpię śniegu. Ładnie wygląda, owszem, ale myśl o bezpośrednim kontakcie z tym białym szitem odbiera mi i tak już nikłą chęć życia. W tym roku bardziej niż zwykle, bo nadal nie mam kurtki. Wyobrażacie sobie, że nigdzie nie można kupić w miarę wyglądającej kurtki w ludzkim rozmiarze? A w szafie mam tylko powycierany do granic możliwości kożuszek, który nie nadaje się już nawet na PCK (właściwie to co robi w mojej szafie?) i kurtkę z jakimś absurdalnym futrem przy rękawach i kołnierzu, w której wyglądam jak Yeti.
Nadejście zimy bardzo mnie więc cieszy.

Komunikacja miejska też już zareagowała na pierwszy atak lekkiego mrozu. Miałam dziś okazję pokonać tramwajem 100-metrowy kawałek w ponad dziesięć minut. Powód – lekkie wzniesienie. Dobrze wiedzieć, że miasto dysponuje sprawnymi pojazdami.
Stojąc i zamarzając na przystanku późnym popołudniem dostałam od ojca sms-a, że jest bardzo ślisko i żebym lepiej nie wyjeżdżała dzisiaj samochodem. Timing tego człowieka i jego wiara w moją inteligencję nie przestają mnie zadziwiać.

W ramach pocieszenia kupiłam sobie trzy torebki muesli, które właśnie wcinam (muesli, nie torebki) i bluzkę, którą boję się przymierzyć, bo wzięłam ją na oko. Ale i tak łapie mnie dół. Kolejny.
Wczoraj na przykład złapałam doła na tle Pana Spoko, po czym złapałam jeszcze głębszego stwierdzając, że ten człowiek nie jest wart ani jednej mojej łzy (mówiąc metaforycznie, choć nie tylko). Tak więc ścieżki moich załamań idą w coraz ciekawszym kierunku.

Za to weekend zapowiada się całkiem znośnie, o ile nie rozłoży mnie grypa z Ukrainy albo coś takiego. Chociaż z drugiej strony trochę się go boję. Z różnych przyczyn… (to była szczypta pełnej klasy tajemniczości).
To tyle, drogi pamiętniczku. Dobranoc.

(Tytuł notki pochodzi z jakiejś piosenki, ale zapomniałam jakiej.)

h1

Modern Rocking

2 listopad 2009

Czytałam o tej płycie wiele opinii – od “Co za szajs!” po “Ej, zayebisty kawał muzy!”. W końcu postanowiłam przełamać się i przesłuchać ją osobiście.

Singiel “Nie mogę cię zapomnieć” wprawił mnie w stan głębokiego szoku, podobnie jak większość ludzi znających choć pobieżnie poprzednie dokonania Chylińskiej. Myślałam, a raczej chciałam myśleć, że to tylko taki dowcipny pastisz. Szybko rozwiano moje złudzenia.

Cała płyta jest utrzymana w podobnym klimacie, ale singiel wybrano według odwiecznej zasady “weźmy najgorszy kawałek z płyty i dajmy go do radia!”. Reszta nie brzmi już tak bardzo jak dokonania duetu Kalwi & Remi, a miejscami idzie nawet trochę w soul (czy co tam śpiewają Sistars i te inne). W każdym razie nie jest to jakieś dzieło, nawet w swoim gatunku, ale kiedy zapomni się, że to śpiewa Chylińska, da się słuchać.

Jest tylko jeden problem. Przełknęłam nowy wizerunek Lady Agi (patrz: okładka Machiny), przełknęłam dyskotekowe dźwięki… Ale teksty to absolutne dno dna i kiedy słyszę rymy w rodzaju:

“Chcę kochać żarliwie, tęsknić niecierpliwie”
“Chce ci tyle dać, chcę byś mnie miał”

albo
“Kiedyś ktoś skradł mi cię, czułam ból, było źle”

…no to serce mnie boli.
Nie mówię, że ma zaraz śpiewać o filozofii Fromma, ale na Boga, bez przesady! Bayer Full ma chyba lepsze teksty. Muzyka niczego nie usprawiedliwia.

Podsumowując – można było zrobić to lepiej.

h1

Spoko

28 październik 2009

Spoko_cz1